Kolejna północna wyprawa

admin · Lipiec 07, 2019 · Blog, Krajobraz, wyprawy · 0 comments

31.czerwiec.2019
Westfjordy moje ukochane. Pokonałem już tyle razy, że nie byłoby, o czym pisać, gdyby nie fakt, że wyczaiłem gniazdo Bielika. Wyjątkowego drapieżnika, który jest tu na tyle rzadki, że muszę do niego jeszcze wrócić. Najważniejsze. Wiem gdzie jest gniazdo!

Intrygująca skała – Hvítserkur.

Patrząc na skałę, wystającą samotnie z wody, od zachodu widać słonia, ale od południa ja zobaczyłem goryla. W czasie odpływy można zejść na plaże i dojść do jej podnóża. Było to nasze drugie podejście i znów niestety, skała nas nie urzekła. Stwierdziliśmy, że trzeciej szansy nie będzie. Jeden punkt miej na liście do zobaczenia.

Adeyjarfoss – wodospad na skraju Interioru

Adeyjarfoss – wodospad leży na skraju interioru na drodze F26 na rzece Skjálfandafljót. Moje marzenie. Zawsze myślałem, że jest dla mnie niedostępny. Okazało się, że jednak można dojechać tam Fiestą. Wprawdzie ostatnie 4 km to był już off-road, ale bez rzek. Pogoda była tak ładna, że byłem gotowy pójść tam nawet pieszo. Sam wodospad może nie najbardziej okazały, ale bardzo widowiskowy. Płynąc krótkim, lecz głębokim kanionem, wije się pomiędzy skałami. Rzeka wpadała szeroko do doliny, by 30 km dalej stworzyć Godafoss. Bazaltowe kolumny tworzą głębokie pionowe urwisko. Pogoda sprzyjała, więc wreszcie Dron Mavic mógł się wykazać.

 

Goðafoss

Wjazd na interior zaczynał się bramą, którą trzeba było sobie otworzyć i zamknąć po przejechaniu. Pewnie dlatego by miejscowy farmer odnalazł jesienią swoje owce. Przejechaliśmy jeszcze wiszący most i prowadzeni rzeką, pojechaliśmy do Goðafoss i dalej, dłuższą, uroczą i mało uczęszczaną drogą przez tunele i Siglifjordur.

W Dalviku jak zwykle zahaczyliśmy o pysznego łososia u Gregora.

Islandzka kuchnia w polskiej interpretacji u Gregora

Reykjahlíð i Mývatn, moje ulubione miejsce na Islandii, odwiedziliśmy następnego dnia.
Nad jeziorem jest pięknie położone pole namiotowe, na którym około południa było tylko kilka namiotów. Pasły się tam między innymi Cyraneczki z młodymi. Widok byłby sielankowy, gdyby nie fakt, który zdruzgotał mnie fotograficznie. Jedno z tych kaczych piskląt dopadła mewa Śmieszka. Okazała się bezkompromisowym drapieżnikiem pożerającym młode w całości. Dzika i brutalna natura. Trzeba zapomnieć i z szacunkiem iść dalej.

Potęga Dettifoss i deszcz, który padał do góry

Okolica jest usiana miejscami godnych polecenia. Chcieliśmy przed wieczorem odwiedzić jeszcze wodospady, w tym potężny Dettifoss. Hałas i ogrom przepływającej ilości wody, która wzbijana prądem powietrza tworzyła tęczę, zrobił na nas ogromne wrażenie. Po minucie byliśmy dokładnie przemoczeni.
Nawiasem mówiąc, to dobre miejsce na reklamę sprzętu foto. Nikon wraz z Tamronem dosłownie płynął w strumieniach wody, jednak pięć minut później zdmuchnąłem resztki wody z obiektywu i zrobiłem zdjęcia oddalonego o 600 metrów Selfossa.

Selfoss

Wodospady uważam za obowiązkowy punkt w zwiedzaniu wyspy.
Wieczorem rozbiliśmy namiot i wykorzystując brak nocy, pojechaliśmy jeszcze na Dimmborgir.

Ten powulkaniczny krajobraz, który tworzą skalne formacje wzbijające się kilkanaście metrów w górę. W skałach ja zobaczyłem słonia, postać pozdrawiającą okolicę palcem serdecznym, małpę i charakterystyczną skałę z dziurą. Nie wiem, czy to oko? czy to most?, czy to droga do innego wymiaru. Wiem też, że każdy postrzega to miejsce inaczej. Dla jednego to nic nie warte skały, a dla innych pełne tajemnicy miejsce. Ja jednak odniosłem tam tylko straty. Utraciłem sonego, który tak się Kasi spodobał, że go zaanektowała.

Rupja – Pardwa górska. Pocieszna kurka.

Wieczorem zerwał się wiatr, zamierzałem wypić coś ciepłego i zjeść zupę z papierka, lecz dobiegł mnie znajomy głos. To pardwa górska. Kręciła się po jagodach wyjadając zasuszone owoce. Podeszła do mnie może na trzy metry, stanęła na skraju drogi, rozejrzała się na boki i jak dinozaur przylepiona do gruntu przedreptała na drugą stronę. Potem siedziała na kamieniu ok. 15 min. czyszcząc piórka. W tym czasie robiłem zdjęcia i video.

Kolejnego dnia skoczyliśmy na Krafle – Wulkan, który ukształtował kiedyś okolicę i niemal doszczętnie zniszczył miasto. Dziś już nie zieje ogniem, ale masy gorącej wody zasilają elektrownię geotermalną. Liczyłem na zwiedzanie, lecz tego dnia elektrownia, lecz była zamknięta dla turystów.

Wulkan Krafla

Zaskakujący zestaw toaletowy na pustkowiu. Kiedyś tam była też toaleta.

Po drodze zaskoczył nas prysznic i umywalka. Nie wiedziałem co o tym sądzić. Może to atrakcja w zamian zamkniętej elektrowni? Krater Krafli jest nieduży i aż ciężko uwierzyć, że wywołał tak wielkie spustoszenia. Pamiątką są wciąż aktywne rozległe pola geotermalne.

Kolory wulkanicznych, aktywnych geotermalne gór.

Solfatar – tak nazywa się te dymiące stożki.

Hverir – czasami, gdy kolory zagrają, Islandia jest jak z innej planety. Grunt aż biało od siarki poprzez niebieski i żółto-pomarańczowy wyglądał jak słońcem spalona pustynia. Dopełnieniem były bulgoczące szare kałuże i ziejące parą i siarkowodorem solfatary. Miejsce, którego nie można opisać słowami. Trzeba je zobaczyć i poczuć. To znak, że wulkany nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa. W okolicy spędziliśmy dwa dni i jeszcze dnia nam zabrakło.

Opuszczając już Myvatn, odwiedziliśmy jeszcze Grjótagjá i piękne miejsce, pełne Drożdzików, Pliszek, Świergotków i wodnych ptaków jeziora. Poznaliśmy znanego nam jegomościa z opiekuńczej i nielotnej strony. Podlot Drożdzika stał na drodze, z zadartym dumnym dziobem, i doskakiwał do każdego człowieka, którzy chętnie zrobił sobie z nim zdjęcie. Tylko rodzice jakoś zaniepokojeni z pożywianiem jakby w kolejce, czekały cierpliwie na okienko do karmienia.

Grjótagjá

Piękne miejsce na sesje nowożeńców lub na oświadczyny. W sumie… wszystko jeszcze przede mną.
Pogoda siadła kompletnie, więc bez żalu ruszyliśmy do domu, pozostawiając jak zwykle powód, by jeszcze powrócić.

Inne zdjęcia z wycieczki.

Hvitserkur – z tej perspektywy widziałem Goryla

Adeyjarfoss i charakterystyczne bazaltowe ściany koryta.

Wiszący most na rzece Skjálfandafljót

Niesamowity wjazd na interior. Dalej była jeszcze jedna taka brama.

Skały, których wyraz tak różnorodnie można interpretować.

Tuż przed wyjściem po całym dniu łażenia

Ścieżka, jakich wiele w Dimmborgir.

Palec serdeczny?

Jedna ze skał. W oddali wulkan Hverfall.

Rupia przykulona jak dinozaur przedreptała przez drogę 3  metry ode mnie.

Elektrownia Krafla.

Hveryr – bulgocące, wrzące błoto i zapach siarki to cecha charakterystyczna tego miejsca.

Kolory…

Szlak pieszy prowadzący do Reykjahlíð.

Akureyri jak zwykle gościnne dla największych wycieczkowców.

Akureyri przerwa na hot doga w polskiej edycji