Latrabiarg – nieudana wyprawa rowerowa.

Piotr Szuszkiewicz · Maj 05, 2019 · Blog, Krajobraz, wyprawy · 0 comments

Moje miasto – Patreksfjörður

Był czwartek, 25 kwietnia.
Podobno na Islandii to już lato. Wiał wiatr, chmury wisiały nad miastem, lecz czasem wychylało się słońce i było ciepło – około 6 stopni C. Ok godziny 15, kolejny raz sprawdziłem prognozy pogody….
„A trudno niech się dzieje”.
Pojechałem na inauguracyjną, letnią wycieczką na klify oddalone o 68 km, które są najdalej na zachód wysuniętą częścią Islandii. Gdyby nie portugalskie Azory byłby to zachodni kraniec Europy.
To Latrabiarg – świat nurników, maskonurów, fulmarów i mew. Grasują też tam lisy, które niestety podkradają jaja i polują na ptaki.
Zapakowałem namiot, śpiwór, kuchenkę, inne drobiazgi oraz oczywiście aparat. Na stacji jeszcze dopierdziałem w opony, kupiłem kilka batonów i do przodu!
Już na początku, gdy droga lekko górki dostała, nabrałem zwątpienia, „czy ja dam radę?”.
Wielokrotnie już tędy rowerem jeździłem i nigdy nie odczułem tak tej trasy. Wiatr wiał w twarz. Normalnie te podjazdy pokonywałem z uśmiechem na twarzy, a dziś rower popychałem, po raz kolejny zwątpieniem ogarnięty.
„Ale jak to… poddać się? Ja? Nie. To niemożliwe.”
Cisnę dalej.
Po kolejnych podjazdach i 13 kilometrach, droga zawróciła, zmieniając kierunek o 180 stopni. To było skrzyżowanie na „koniec europy”. Nagle okazało się, że jazda rowerem to przyjemność… Jednak los mi nie sprzyjał. Zaczął padać deszcz. Przekląłem pod nosem i pojechałem dalej, tyle dobrze, że wiatr mi teraz zdecydowanie pomagał.

Gardar -BA64. Pierwszy stalowy statek rybacki na Islandii.

Po drodze zatrzymałem się przy wraku Gardara – zbudowanego w 1904 r. Popiłem kawę, zjadłem batona, kolejny raz skorzystałem z aparatu i w drogę. Po kilku kilometrach, za skrzyżowaniem na Rauðisandur, droga zmieniła się w szutrową, co jeszcze bardziej popsuło mi nastrój. Tutejsza droga, zwłaszcza po deszczu zmienia się w grząski ulep z miękkim poboczem, więc trzeba było się trzymać środka drogi. Dobrze, że ruch był mały, bo po poboczu z ciężarem bagażu ciężko się jechało.

Lotnisko Patreksfjörður – kiedyś jeszcze coś tam latało, dziś niestety, lotnisko tylko z nazwy.

Sama droga była ładna, tutejsze widoki na fiord zawsze mnie radują. Choć jechałem tędy wiele razy, to zawsze ogarnia mnie poczucie wolności i niezależności. Nigdy nie znalazłem dobrego słowa, które by określiło mój stan. Czasami droga przechodzi wręcz w wyłupanej skale, tak że nad głową wisi kilkaset metrów góry, od której czasem coś odpada. Ciężarówka nie miałaby szans, a co dopiera taki „ludź” jak ja.

Droga pod górą, z której czasem coś spada.

Cisza, śpiew ptaków i ja w tym wielkim świecie. Czasami przestrzeń przeraża. Tak właśnie wtedy się czułem. Co jakiś czas przystawałem i robiłem zdjęcia, zdając sobie sprawę, że zrobiłem dwadzieścia parę kilometrów, a do domu w linii prostej mam jakieś 4km.

Moje miasto w oddali

Tego dnia byłem niesamowicie spragniony przygody i chęci zrobienia czegoś innego, niecodziennego i właśnie rowerem.
Do takiej przygody przygotowywałem się sprzętowo ponad rok, kilka lat kręcę dodatkowo rowerem stacjonarnym, więc byłem mocno zdeterminowany, by Latrabiarg zaliczyć. Planowałem spędzić dwie noce w namiocie i pokonać 140 km w 3 dni więc wydawało się to łatwym wyzwaniem.

Most na rzece, po lewej fiord po prawej jezioro, gdzie można złowić pstrąga i mieszkają łabędzie.

Opuszczona farma

DC-3, w hangarze stoi jeszcze AN-2 i szybowiec.

Muzeum i zabudowania. Kiedyś mieszkało tam bardzo wiele rodzin. Była szkoła, port i przetwórnia rybna. Dziś mieszka tu kilka rodzin i jest to atrakcja turystyczna.

Po czterech godzinach i 37 kilometrach dojechałem do Hnjótur, muzeum położonego po przeciwległej stronie fiordu. Było już po 19, po raz kolejny wyszło słońce. Myśląc o noclegu, zrobiłem jeszcze parę zdjęć ptaków, statków, których czas już upłyną, i rozmontowanego samolotu DC-3 z oznaczeniami US Force.
Wtedy też to odkryłem. Moje przednie koło nie jest już takie twarde jak 4 godziny wcześniej. Oznaczało to tylko jedno – porażkę. Nie miałem zapasowej dętki, więc nie byłem w stanie naprawić koła i kontynuować wycieczki.

„ … to już jest koniec, nie ma już nic…” Pozostało mi jeszcze koło ratunkowe- Telefon do przyjaciela, skorzystałem.

Tak to się zakończyło, zbyt szybko i nieoczekiwanie. Choć na Latrabiarg zabrakło mi jeszcze 20 kilometrów, to cieszyłem się, że jednak pojechałem. Mimo nie sprzyjającej pogody i wiatru w porywach do 18m/s, nauczyłem się, że rower to wyzwanie i jazda po miejskich ścieżkach to zupełnie inna bajka turystyki. Zawsze byłem pełen podziwy dla ludzi, którzy przyjeżdżają na wyspę, by przejechać kilka tysięcy kilometrów rowerem. Zwłaszcza po drogach nieutwardzonych jak F35 czy F26. Teraz nabrałem dla nich szacunku, popartego własnym potem.
Na zakończenie.
Są trasy łatwe, są trasy wymagające, wreszcie są trasy trudne, i jest jeszcze Islandia. Miejsce, gdzie wiatr potrafi zabić wszelkie nadzieje a deszcz zniszczyć mentalnie. Gdzie podjeżdża się pod górkę z nadzieją, że z drugiej strony będzie łatwiej, a tam okazuje się, że wieje wiatr i mimo zjazdu, znów trzeba pedałować.
Ech Islandia…
PS. Z pozdrowieniem dla rowerowych szaleńców!
[osm_map_v3 map_center=”65.5936,-23.8613″ zoom=”11″ width=”100%” height=”450″ file_list=”http://markowezwierzeta.pl/wp-content/uploads/2019/05/20190425_152044.gpx” file_color_list=”#ff0000″ control=”scaleline” file_title=”Latrabiarg Trip”]

zBLOGowani.pl