Svalvogar druga wyprawa

admin · 20 czerwca, 2021 · Blog, Krajobraz, Uncategorized, wyprawy · 0 comments

Svalvogar – druga wizyta

 

Wstęp

 

Svalvogar – odludny półwysep zamieszkały przez barany i nielicznych wakacyjnych mieszkańców. Półwysep odwiedzany jest przede wszystkim dla samej drogi 622. Oznaczenie sugeruje łatwą drogę, lecz powinna ona nosić oznaczenie „F” prawie w całości, a nie tylko krótkim odcinku.


Od północy poprowadzona jest kilkadziesiąt metrów nad poziomem wody, a od południa niemal na poziomie wody. I nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że droga wykuta jest w skale, tworząc półkę z bardzo przerażającym nawisem. Sezonowa naprawa drogi polega na przejeździe wielkiej ładowarki, tak ładowarki, żeby zepchnąć głazy z drogi, które przegrały z erozją skał, ponad drogą. O większej naprawie nawierzchni nie ma mowy. Więc pełna jest luźnych kamieni i nierówności, strumieni i rzek.
Widowiskowy odcinek, od północny ma ok. 300 metrów, a południa w sumie ok. 3 km.
Na końcu półwyspu jest latarnia morska Svalvogar. Znajdują się tam również porzucone farmy, jak i zamieszkałe letnie domy. Ja widziałem tam jeden samochód, który mógł sugerować obecność człowieków.

Zawalisko na północnej drodze. (zdjęcie z pierwszej wycieczki)


Dawniej latarnia była zasilana energią z lądu lub pobliskiego budynku z agregatem, lecz dziś technologia wzięła górę i panele słoneczne wraz z bateriami zapewniają latarni samowystarczalność.

Podcinek północny, dostępny od miasta Þingeyri można przejechać mniejszą terenówką aż do latarni i farm usytuowanych na południowej części – Lokinhamrar.  Trzeba przejechać 3-4 metrowej szerokości rzeki i głębokie na 30 cm, w zależności od pory dnia  i pogody.


Lokinhamrar

Od południa jest już dużo trudniej. Jadąc starą drogą na Þingeyri, trzeba dojechać do muzeum Hrafnseyri. Tuż za mostem, nie jechać w góry, tylko wybrzeżem. Można tam spotkać stada gęgaw, rybitw popielatych i masę innych ptasich gatunków. Raj dla  fotografa.
Jednak my jedziemy dalej. Zaraz zaczną się brody, więc znów potrzebujemy wysokiego auta. Droga początkowo wydaje się spoko.   Nawierzchnia wysypana grubymi kamieniami, więc należy uznać ją za bardzo trudną, ale im dalej „w las”…, tym gorzej. Można przejechać całe kółko motocyklem, jak ja rowerem lub przejść pieszo.  Ja nie czułbym się tam na siłach, mimo że motocykl nie jest mi obcy.
W dalszej drodze ilość kamieni i ich wielkość przerosła moje wyobrażenie, a przez 40 km jazda nie więcej niż 10km/h. O swobodnym zjeździe nie było co marzyć. My nie urwać lub czegoś nie połamać, cisnąłem mocno hamulce, by za chwile znów ostro cisnąc. Pod koniec kląłem na czym świat stoi.

 

Wycieczka

0-85 km Camping w Þingeyri.

Camping w Þingeyri był moim pierwszym noclegiem. To bardzo przyjazny camping dla „namiotowców”, jak i to, że jest dokładnie na trasie koła, jakie chciałem zrobić.
Uzbrojony w 3 litry wody, zestaw batonów sprzęt foto, wyruszyłem trasę od północy, rowerem, bo to sprzęt, którym jak jechać się nie da, to można go przenieść lub popchnąć.

prowiant…

 

Pogoda pochmurno-deszczowa więc zdjęcia nie oddają piękna trasy. Tuż za miastem, jest lotnisko. Podobno wciąż czynne, lecz oprócz baranów i muzealnego pojazdu nie spotkałem śladów użytkowania obiektu.

 

3,7 km sprzęt p.poz

11 km – dotychczas było znośnie.

18 km od miasta pojawia się wykuta w skale droga, nawisy skalne i świadomość, że coś tu odpada, mocno motywuje, by pokonać szybko ten odcinek.

Adrenalina rośnie, dzięki temu szybko docieramy na dość „płaski” i zamieszkały przez jeden „samochód” dom i kawałek dalej latarnie.

 

21 km – Latarnia Svalvogar

Wcześniej jest tam mała jaskinia, a tuż za latarnia opuszczona farma i wspomniany sfatygowany budynek z agregatem. 
Dalej kamienie pot i rzeki, które trzeba było pokonać pieszo, więc zimna woda skutecznie zmoczyła mnie po kolana. 
Dojechałem do bezludnej osady Lokinhamrar.

 

23km

 

 

25 km – pierwsza większa rzeka

 


28 km – Droga pośród łubinów

Dalej zaczęła się szeroka na 3 metry ścieżka wydarta zboczu góry otoczona roślinnością, a zwłaszcza łubinami. Akurat kwitły, co dodało koloru okolicy. Droga w końcu stromo zjechała na kamieniste wybrzeże i tu już nie dało się rowerem jechać.

 

 

 

31 km – Bardzo stroma droga do samego wybrzeża.

Ogrom skał ponad wkutą w nią drogę był niesamowity. Trzy kilometry. Spotkałem tu pierwszy i jedyny jadący samochód na odcinku 50 km. Ten odcinek często jest zamykany po sztormach, więc warto mieć plan „B”, by muc zawrócić.

 

 



34 km – Droga południowa 

Minąłem charakterystyczną skałę przekutą w połowie. Kiedyś był o tunel, ale erozja zrobiła swoje i z czasem nawis odkuto do końca. Lecz i tak jest widowiskowo. Minąłem charakterystyczny punkt trasy i liczyłem na poprawę drogi.
Myślałem, że zacznie się „z górki”, ale nie, grube okrągłe kamienie zmieniły się w ostre łupki kamienia 5-10cm,  i rzeki. Wprawdzie przygotowałem się naprawę koła, ale nie uśmiechało mi się kleić dętek w deszczu. Wreszcie do tego  wszystkiego pojawiły się rzeki. Próbowałem przejechać jedną, lecz utknąłem i wyłożyłem się. Obiłem kolano i nie dość, że mokry to jeszcze ze sporym bulem. Kolejne przeprawy wchodziłem już twardo z marszu, nie patrząc jak, bardzo jestem mokry. Wolałem nie ryzykować, by się przewrócić i poobijać mocniej, lub coś urwać w rowerze.

38 km

48 km- ostatnia rzeka

Wreszcie! Dojechałem do Hrafnseyri. Tu zaczęła się szutrowa stara droga i jakości milion razy lepszej niż to, co miałem dotychczas.
Hura.
Tu miałem wybór stara droga 17km i wys. 560m npm, lub nowa przez tunel bez większych przewyższeń 33km.

66 km

Tunel 

Byłem już zbyt zmęczony i zmarznięty, by cisnąć przez góry, zwłaszcza że był to zimny dzień. W górach był mróz i mogło być trochę śniegu, a na pewno ślisko. Drugi wariant był bardziej przyjazny, 6 km tunelu stanowiło dla mnie również atrakcję.

Podsumowanie

Trasa to niesamowite doświadczenie, fizyczne a na pewno psychiczne.
Na całej Islandii nie spotkałem nigdzie takiej drogi, takich nawisów, takiej dzikości i takiej trudności. Gdy pierwszy raz tam szedłem pieszo, po prostu się bałem. Zrobiłem wtedy krótki wycinek do samej latarni.

Wszystkim żądnych mocnych wrażeń ogromnie polecam te 50 km dzikiej trasy i nie koniecznie rowerem. Należy się dobrze przygotować, Wysoki samochód 4×4 lub mocne buty, mocne nogi, i dwa trzy dni czasu, o ile idziecie tam z buta.
I koniecznie należy sprawdzić, czy droga jest przejezdna.

Nawiasem ciekaw jestem jak David Andres, z buta by tam cisnął, zwłaszcza że nie odpuszcza kąpieli.
Pozdrowienia dla Dawida i dla Was.

galeria zdjęć z wycieczki


Svalvogar pierwsza wycieczka