Wakacje wpadki, wzloty i inne islandzkie przygody. Część 1

admin · 02 sierpnia, 2020 · Blog, Krajobraz, wyprawy · 0 comments
Wakacje wpadki, wzloty i inne islandzkie przygody.
Część 1

Skólavörðustígur ulica z charakterystyczną tęczą w Reykjaviku

Reykjavik, Hallgrímskirkja i Kriunes.
Wakacje rozpoczęliśmy nie fortunnie. Plan zakładał na Reykjavik i rowerowe zwiedzanie miasta. Niestety, na wyspie pogodę zapowiadają znachorzy, więc pomimo słonecznej prognozy mieliśmy ciężkie opady deszczu. Miasto zwiedziliśmy pieszo i tylko w centrum, co nie wniosło w nas wielkiej satysfakcji. Pozostało zrobić parę zdjęć, wracać do hotelu, a rankiem ruszać na północ.

Zgodnie z planem pojechaliśmy na północ i dalej na wschód, w okolice Egilsstaðir, zatrzymując się na noc w Húsavíku.
Po drodze odwiedziliśmy znany mi Kolugljúfur Canyon. Niewielki, ale bardzo urodziwy. Bardzo ładnie widać go z drona, lecz jak zwykle to był słoneczny i bardzo wietrzny dzień. Zrobiliśmy kilka zdjęć z aparatu, pozostawiając drona na inny raz.

 

Kolugljúfur Canyon

Wielokrotnie już tędy jeździliśmy, więc o zdziwienie, nie było ciśnienia, by kolejny raz miejsca turystyczne odwiedzać. Po krótkim postoju w Akureyri pojechaliśmy od razu do Húsavíku.
Tu kolejna przeciwność losu. Aż wstyd się przyznać. W hotelu usunąłem wszystkie zdjęcia z wycieczki. Więc pozostał tylko Kościół i sztuczny ogon wieloryba.

 

Kadry z porannego Husaviku

Po fotograficznej porażce nie pozostało już nic jak jechać do domku letniskowego, który mieliśmy na tydzień, koło Egilsstaðir-Einarstaðir.
Na wschód droga prowadzi przez Reykjahlíð i wiele lokalnych atrakcji, o którym pisałem wcześniej, oraz 150 km bezludnego powulkanicznego, surowego regionu, z którego większość dróg skręca na Interior.

Północny, surowy odcinek krajowej Jedynki

Oczywiście po drodze znów zboczyliśmy ze szlaku.
Minjasafnið á Bustarfelli – to świetnie zrekonstruowany skansen z życia licznej islandzkiej rodziny sięgającej historią do XVI wieku. Pożar i odbudowa pozostawiła stan z 1770 roku.
W skansenie bardzo fajnie widać organizacje ówczesnego życia, gdzie w obrębie zabudowań były zarówno pomieszczenia mieszkalne jak i gospodarcze, takie jak kuźnia, obora, a nawet studnia. W domu tym mieszało nawet 33 osoby. Wstęp jest płatny, ale suma jest niemal symboliczna i mimo odległości od popularnej Þjóðvegur – drogi nr 1, warto tam zboczyć. W bonusie można wejść do Hjáleigan kaffihús, tamtejszej kawiarni na dobre ciasto kawę i lody własnego wyrobu.

Kolejny był Stuðlagil Canyon, niestety dotarliśmy do niego, że złej, zachodniej strony. Dwa dni później poszliśmy jeszcze raz, tym razem od wschodniej, prawidłowej strony. O tym kanionie będzie inny wpis, bo jest on tylko częścią dużej, współczesnej opowieści.

Stuðlagil Canyon – widok od zachodniego parkingu

Na koniec Rjukandi, widowiskowy wodospad niewymieniany niemal zupełnie jako miejsce do zwiedzenia. Jak dla nas fajny.

 


Do Einarstaðir zabraliśmy nasze prosięta, zrobiliśmy większe zakupy, i zaraz po przyjeździe wskoczyliśmy do heitir potturina. Islandzka wersja basenu przydomowego z przyjemnie ciepłą wodą. Jakkolwiek by było, w końcu wakacje z rodziną.
Tak rozpoczęły się wakacje właściwe.

Wygląda jak część dania, ale to jedno z naszych dzieci…

…CDN…