Wakacje wpadki, wzloty i inne islandzkie przygody. Część 3

admin · 14 sierpnia, 2020 · Blog, Krajobraz, wyprawy · 0 comments

Wakacje wpadki, wzloty i inne islandzkie przygody. Część 3

Plaża Reynisfjara

Po tygodniu pracy zawodowej nastał kolejny tydzień wolny, tak więc wykorzystaliśmy go na ostatni wakacyjny wyjazd. Tym razem pojechaliśmy na dawno nieodwiedzane południe-Suðurland oraz dalej na wschód. Celem podstawowym był Vatnajökull. Ponieważ tego dnia pogoda była bardzo deszczowa, dlatego pojechaliśmy od razu 830 km do Höfn, który okazał się najdalej wysuniętym miejscem zwiedzania.

 

 

Fiesta w wersji minicampera ?

Tu muszę wam się przyznać, że miałem już dość deszczu i namiotu więc stwierdziłem, że można spać w samochodzie. Użyłem trochę drewna, zasłonki, materac i okazało się, że w Fieście zmieściło się płaskie łóżko 170 na 120 cm, a także stolik i telewizor, było wygodnie, ciepło i sucho. Pomimo wiatru i deszczu wyjazd był bardzo przyjemny.
Pole namiotowym w Höfn okazało się bardzo przyjazne, można było się wykąpać i skorzystać z kuchni przy cywilizowanym stoliku i ciepłej kawie, tym bardziej że nie wiele jest takich kempingów na wyspie.

Dzień 2

Vestrahorn – magiczna góra.

Po szybkiej kawie wczesnym porankiem pojechaliśmy na Stokksnes. Miejsce, szczególnie upodobali sobie fotografowie, ze względu na malowniczą górę Vestrahorn, która w połączeniu z plażą u jej podnóża i słońcu, do którego akurat miało się szczęście, stanowi niemal epicki obiekt fotograficzny.
Jest tam również skansen, niestety bardzo zaniedbany oraz jeden z czterech radarów kontroli powietrznej na Islandii. Byłem tu dwa razy i dwukrotnie ja szczęścia nie miałem.

Ruszyliśmy w stronę lodowca. Poprzedniego dnia trochę już zahaczyliśmy miejsc, bo jak nie, jeśli północne słonce budzi kolory natury. Jökulsárlón był pierwszy. Tego dnia jezioro polodowcowe było zawalone bryłami lodu i choć słońce tego dnia się na nas wypięło, to i tak widać było niebieski kilkusetletni lód, który zaparty o dno dzielnie stawiał opór ogromnej masie wody spływającej wąskim gardłem pod mostem na plaże.

ARVE Error: Mode: lazyload not available (ARVE Pro not active?), switching to normal mode





Tam kończył się ostatecznie ich żywot, rozbijając się o brzeg lub wypływając na pełny ocean.
W lodowatej rzece mieszkały foki, była tam masa rybitw i wydrzyków, których spotkałem tam więcej jednego dnia niż w moim Patreksfjörður przez cały rok.


Wieczór był bardzo miły, aż chciało się na plaży posiedzieć, kolejnego dnia już inny klimat. Mnóstwo ludzi, chmury i wiatr…

Dalej pominęliśmy Svínafellsjökull, który również odwiedziliśmy poprzedniego wieczoru. Miałem nadzieje dotknąć go ręka, jednak drogi obok lodowców są zawsze mokre, często błotniste, a ze skalnych ścian odpadają kamienie. Zdrowy rozsądek wycofał nas, że ścieżki przygody, dotarliśmy jednak na tyle blisko, że odznaczyliśmy lodowiec jako miejsce odwiedzone.


Skeiðará Bridge Monument-pozostałości powyginanej stali po moście, który został zniszczony w czasie jednej z powodzi po wybuchu wulkanu. Most został odbudowany, jednak zarzucono jego użytkowanie i wybudowano nową drogę i jego podnóża. Dlaczego? Nie wiem, ale dobrze wygląda na zdjęciu.

Jadąc jedynką w towarzystwie lodowca, można by spędzić cały dzień, ekscytując się pięknem wodospadów i jęzorów lodu, my jednak zrobiliśmy kilka zdjęć i pędzeni czasem pojechaliśmy do Kirkjubæjarklaustur.

 

Systrafoss

Foss á Síðu

Kirkjubæjarklaustur zawsze traktowaliśmy po macoszemu, zawsze noc albo deszcz, lub inne zmęczenie, jednak wreszcie udało się zauważyć piękno tej okolicy.
Miasteczko jest malutkie, niegdyś zniszczone przez wulkan Laki, zamieszkuje nie wielu tu mieszkańców. Kiedyś był tu klasztor, kościół i farma. Dziś pozostało tu trochę tamtej historii, kilka fajnych wodospadów, zielone gęste lasy i położony nieopodal Fjaðrárgljúfur.

Polodowcowy kanion jest częścią lodowca Mýrdalsjökull. Długo był niezauważany przez turystów, do czasu, gdy rozsławił go jeden z muzyków, kręcąc tu swój teledysk. Jako dzika atrakcja był bardzo piękny, można było zobaczyć go zarówno z dołu, jak i z góry. Dziś tłumy, które odwiedzają kanion, wymusiły na władzach ustalenie zakazów i nakazów, co sprawiło, że można poruszać się wyłącznie ustalonymi ścieżkami, a wstęp od dołu, koryta rzeki jest zamknięty.

Dzień miał się ku końcowi, więc ruszyliśmy w stronę Vik, będącym planowanym miejscem naszego noclegu. Po drodze zajrzeliśmy na południowy kraniec wyspy i jaskini Hjörleifshöfði. Niestety zaraz po nas przyjechała jakaś zgraja samolubnych turystów, a ich okupacja groty sprawiła, że nie wytrzymałem i parę razy wlazłem im w kadr, zrobiłem własne foty, wraz z upierdliwcem, po czym pojechałem dalej. W domu wszechmocny PS i wygumkował łosia z kadru, przez co ja mam fajne zdjęcie, a oszołomom, mam nadzieje popsułem kilka kadrów.

 

Vik również pozytywnie nas zaskoczył. Była to oaza spokoju. Brak wiatru, słoneczko i niesamowity tłum na kempingu, więc plany wzięły w łeb i noc spędziliśmy pod oddalonym o 30 km wodospadem Skógafoss.

Dzień 3

Tego dnia mieliśmy wybrać się na szlak wzdłuż rzeki zasilającej wodospad w stronę Fimmvörðuháls-Þórsmörk, niestety z przyczyn niezależnych się nie udało. Pozostał smutek i obietnica powrotu w lepszy czas.

Pobliski kolega Skógafossa-Kvernufoss

Dzień zakończyliśmy w hotelu w pobliskiej Helli.

Dzień 4

Tego dnia znów deszczowo i wietrznie, lecz postanowiliśmy się nie poddawać i mimo przeciwności odwiedziliśmy Háifoss.


 

Kolejny był Friðheimar, który okazał się wyjątkową restauracją usytuowaną w szklarni, którego menu oparte było na hodowanych tu pomidorach. Choć do najtańszych miejsce nie należało, to warte było odwiedzenia i spędzenia to godziny. Syci i w dobrych humorach, ruszyliśmy klasycznie, na Gullfoss i pole kempingowe tuż obok gejzerów. Wreszcie wyszło słońce.

ARVE Error: Mode: lazyload not available (ARVE Pro not active?), switching to normal mode





Piątego zajrzeliśmy jeszcze na Bruarfoss i jego dwóch braci, po czym po małych zakupach wyruszyliśmy do domu, kończąc w ten sposób miesiąc wakacji.

W liczbach w lipcu

Przejechaliśmy ok. 7 tyś kilometrów, przelaliśmy jakieś dwie beczki benzyny.
Odwiedziliśmy niezliczoną listę miejsc, o których nie wspominałem.
Mimo pozytywnego nastawienia znów nie spotkaliśmy reniferów ani ludzi z covid-19, których akurat spotkać nie chcieliśmy.
Odkryliśmy nowe miejsca, również sposoby na spanie, i dobrze, bo większość czasu była deszczowa i wietrzna.
Na koniec nasuwa mi się tylko jedna myśl…

Ech… Islandio, jednego dnia można Cię pokochać, by wieczorem znienawidzić.

Do zobaczenia następnym razem. Bless Bless