Wędrówka na Svalvogar

admin · 25 maja, 2020 · Blog, Krajobraz, wyprawy · 0 comments

Wędrówka na Svalvogar. Maj 2020

Latarnia Svalvogar – cel wycieczki.

Miejsce, które chodziło mi po głowie od czasu gdy ujrzałem je z morza. Miałem sprawy w Ísafjörður, więc korzystając z okazji i fajnej pogody, postanowiłem spełnić plany. Zapakowałem plecak. Początkowo miałem zostać tam na noc, jednak prognoza pogody na kolejny dzień była deszczowa i wietrzna. Szybko zmodyfikowałem zamiary. Wziąłem zestaw minimalny – kuchenkę, aparat, bluzę i ruszyłem.

Przygodo witaj.

Droga do latarni od północy. Odcinek łatwiejszy

Półwysep, że szczytami ponad 950 metrów, długości ok. 35 km z latarnią, starą drogą i kilkoma domami, dziś stanowi atrakcje dla turystów i żądnych wrażeń tubylców. Częstym punktem wypraw, jest majestatyczny szczyt Kaldbakur (998 mnpm) i szlak nań prowadzący, oraz rzeczona latarnia. Jednak główną atrakcją, jest droga od południa, wykuta w skale nad brzegiem morza. W czasie wysokiego pływu droga bywa zalana morzem, pozostaje tylko czekać. Półwysep, zwłaszcza od południa, był kiedyś licznie zamieszkały. Dziś to są raczej domy letnie i może jedna farma. Niestety tam nie dotarłem.


Osuwiska skalne blokujące drogę.

Pierwsze co dało mi do myślenia to kamienie na drodze. Początkowo nie wiele potem większe i więcej. Aż wreszcie droga, w kilku miejscach wyglądała jak rumowisko. Droga, którą znaleźć można, już na nie wielu mapach, po zimie otwarta jest może na dwa miesiące. Naturalną przeszkodę stanowi natura. Zimą skały nasiąkają wodą, ta w szczelinach zamarza. Powoduje to rozrywanie góry i naturalną erozję. Wiosną gdy mróz odpuszcza, skały odpadają od urwiska, zasypując drogę. Dawniej szlak, przemierzały konie. Dziś, nadaje się dla pieszych i rowerzystów.  Kolejna myśl, co jeśli któryś z tych „kamyczków” urwie mi głowę? Nawiasem, nie wyobrażam sobie, jak wielkiego nakładu pracy potrzeba by trasę uczynić przejezdną samochodem.

Nie myślałem zbyt wiele, po prostu poszedłem, przyglądając się licznie mieszkającym na skałach Fulmarach. Wokół cisza. Żadnych oznak życia, żadnych pojazdów i ludzi. Pojawiał się tylko ptaki i lis polarny. Morze szumiało, skrzeczenie ptaków czyniło miejsce spektakularnie pięknym. Teren się wyrównał i pojawił się koniec półwyspu.

Symboliczny obiad na końcu niczego.

Po 3 godzinach 11 km dotarłem na latarnie.

Żadnych wodotrysków, Widać było stare, nieużywane słupy elektryczne. Zastąpiła je nowoczesna technologia. Bateria słoneczna na latarni była sporo większa, niż moja, którą niosłem na plecaku. 🙂 Pogoda była fajna, więc zdjąłem byty, ugotowałem zupę z papierka i smaku rosołu drobiowego ze słuszną ilością chemii spożywczej. Zrobiłem foty i rozleniwiłem się, na tyle, by rozebrać i złapać ciepłych letnich promieni słońca. Po godzinie lenistwa zwinąłem mandżur i ruszyłem z powrotem kolejne 11 km.

Jaskinia Kögurvík

Jak to mówią do domu szybciej. Wracałem, rozmyślając. Ile jeszcze miejsc jest na tym półwyspie, które chciałbym odwiedzić. Tak więc jeszcze tu wrócę.
Wycieczka trwała 8 godzin i przeszedłem 22 km. Było słonecznie, ciepło i niemal bez wietrznie, piłem wodę ze strumieni i wciąż żyję. 🙂