Trzy dniowa wycieczka na Snaefellsnes

admin · 01 marca, 2019 · Blog, Krajobraz, Kurowate, Video, wyprawy · 0 comments

Chciałbym podzielić się z wam moim trzydniowym wypadem na Snæfellsnes – półwysep w środkowo-zachodniej Islandii.

Snæfellsjökull

Snæfellsnes

Islandczycy mówią, że to taka Islandia w pigułce. Jaskinia, lodowiec, wodospady i ptaki. Na południu farmerzy, na północy miasta i przemysł rybołówczy. Na zachodnim krańcu w 2001 r. utworzono park narodowy Snæfellsjökull.
Moim powodem wizyty był  BIELIK. Jest ich tu na wyspie niecałe 200 sztuk i podobno wszystkie na półwyspie Snæfellsnes.
Luty to nie jest najlepszy czas na zwiedzanie wyspy. Dzień trwa jakieś 10 godzin, ptaków wędrownych jeszcze nie ma, campingi pozamykane, ale i turystów nie wiele, jednak dla mnie to dobry czas. Zabrałem namiot, stosowny sprzęt na zimowe warunki i popłynąłem baldur’em na półwysep.
Przybyłem do Stykkishólmur. Po drodze na wyspach gniazdowały kormorany, nurniki, edredony i mewy blade, siodłate, siwe, polarne i pewnie parę innych, których nie dostrzegłem. W miastach dodatkowo, stadnie bytowały szpaki.

Stykkishólmur

Kormorany na wyspie

Szpaki

Łabędzie krzykliwe

Wyjeżdżając ze Stykkishólmur dostrzegłem w krzaczorach cztery pardwy. Jednak zdążyłem zrobić zaledwie trzy zdjęcia, nim odleciały. Spotkałem jeszcze rodzinkę łabędzi krzykliwych.Nie chcąc ich płoszyć, strzeliłem parę zdjęć i pojechałem do …


Arnarstapi – na południu półwyspu.

Arnarstapi

Bardzo ładne miejsce, by zapomnieć na chwile o świecie i zagubić myśli gdzieś tam daleko w oceanie… fale rozbijające się z impetem na kilkadziesiąt metrów o pionowe klify, szum wody, bezkres oceanu i wszechobecne Fulmary, dopełniają reszty tego romantycznego nastroju.



Spotkanie w terenie

Tu trafiła się historia, choć mnie jedynie rozbawiła.
Chodzę zawsze z dwoma aparatami i obiektywami, Tokiną 11mm do krajobrazu i Tamronem 150-600 do ptaszków. Robiłem kadr ogólny i skierowany w stronę Fulmarów na gniazdach, gdy za plecami usłyszałem rodaków, którzy bez kurtuazji skrytykowali moje 11mm i pomysł robienia ptaszków.
Oni mieli (przypuszczam) coś koło 300-400mm i sądząc po przytykach, chyba chcieli mi pokazać, jak to się robi…
Nie odzywając się i nie zwracając na nich uwagi, niby nie rozumiejąc, spokojnie zdjąłem plecak, wyjąłem swoje pół metra Tamrona, rozkręciłem 600mm i z radością zrobiłem zdjęcia.
Poczułem zażenowanie, jakie ogarnęło pannę, która w sumie najwięcej ocen pod moim adresem wysunęła…
Kolejna nauka-czasem lepiej się nie odzywać niż wyjść na kretyna.

Fulmar

 

ARVE Error: Mode: lazyload not available (ARVE Pro not active?), switching to normal mode





Dalsze kilometry wokół wygasłego wulkanu Snæfellsjökull, który dziś nazywany jest lodowcem, pokonałem w krótkim towarzystwie słońca. Lodowiec, mimo że jest niewielki to wysoki na 1446m. n.p.m., widoczny jest zarówno z Reykjaviku, jak i z mojego Vestfjörður, a dokładniej z odległego o ok. 80 km Latrabiargu. Oczywiście pogoda jest tu kluczowa. Po drodze była jaskinia, którą zawsze chciałem odwiedzić, lecz po roztopach niestety jeszcze zamknięta. Tuż przed Hellissandur pręży się 412-metrowy, maszt nadawczy radia Islandzkiego, jeszcze na Low frequency (czy ktoś pamiętna 1 polskiego radia „na długich”?), a jeszcze wcześniej pozostałości po wielorybnikach. Kiedyś w XIX w. mieszkali tu w kamiennych jamach, niestety wciąż zasypane śniegiem.

 

Gdzieś na wybrzeżu, gdy słonce jeszcze się budziło

Hellissandur

Miasteczka tu są bardzo klimatyczne, małe spokojne i czasem wydają się niezamieszkałe.
W Hellissandur spędziłem dwie noce, traktując miasto jak punkt wypadowy, a może dlatego, że bardzo mi się to miejsce spodobało?
Nie znam jeszcze odpowiedzi na to pytanie.

Drugi dzień poświeciłem na eksplorację północnej części, a zwłaszcza Kolgrafarfjördur. Wcześniej napotkałem Kirkjufellsfoss i górę o podobnej nazwie. Nawiasem mówiąc, półwysep to świetny pomysł, by objechać go rowerem.

 

Kirkjufellsfoss i Kirkjufell

Grundarfjörður

Ólafsvík i Grundarfjörður

To rybackie miasta, ale umiejscowione pośród gór i wodospadów. W Ólafsvíku jest przetwórnia rybnych odpadów, której do atrakcji na pewno nie zaliczę. Mewy skrzętnie jednak wykorzystują, ją jako stałe źródło pożywienia. Kolgrafarfjördur latem przypływają tu ławice śledzi, a za nimi morświny, wieloryby, a nawet orki. Stałym mieszkańcem jest foka i Kormorany.

 

Mewy siodłate

Kormorany

Łowcy ryb

Pierwszego dnia widziałem krogulca, siedział na słupku przy drodze, odleciał, dopiero gdy się wróciłem. Drugiego dnia orła, na kamieniu kilka metrów od drogi. Miał dobry widok na fiord, na którym zapewne żerował. Żaden nie dał mi szansy na zdjęcie, niestety.
Utrwaliłem więc trochę krajobrazów, długodzioba, fokę i kormorana. Ptaki żerowały przy moście łączącym Fiord z oceanem. Kormoran to cwany nurek.
Do tego gościa skradałem się ponad godzinę, w przeciwieństwie do długodziobów, które wziąłem z zaskoczenia i miałem może 3-4 sekundy.

Kormoran

Długodzioby – samce

Długodziób – samica

Ostrygojad

W Grundarfjörður utrwaliłem jeszcze ostrygojada, kilka mew, biegusa morskiego i pięknego edredona, który nie przejmując się moją obecnością, łowił glony, pozwalając mi podejść na ok. 5 metrów.

 

ARVE Error: Mode: lazyload not available (ARVE Pro not active?), switching to normal mode





mewa blada

Młodzieniec mewy bladej

Edredon – samiec

Edredon – samica

Ostatni dzień. Gdy już czekałem na prom postanowiłem wejść na wyspę – Súgandisey, która tworzy naturalny port miasta i świetny punkt widokowy w Stykkishólmur. Pogoda wietrzna więc robiłem zdjęcia mew wykorzystujące naturalne prądy wiatru.

Bielik

Wtedy pojawił się ON –  Bielik.
Przeleciał sobie majestatycznie, pokazując mi „tył”. Mimo że widziałem go krótką chwilę, ucieszyłem się jak dziecko i z niedosytem popłynąłem do domu, marząc o kąpieli i ciepłej kawie.

młody  BIELIK

Mewa siodłata



Kruk oczywiście nie zawodny

Podsumowując przygodę…

Snaefellsnes ugościł mnie deszczowo, niskimi chmurami, i jeszcze śniegiem, który skutecznie wiele ukrywał. Dlatego nie mam zdjęć Lodowca w pełnej okazałości.


Jeden z plusów to, że noc była względnie ciepła. Hellissandur leży przecież na zachodnim krańcu półwyspu, a ocean skutecznie klimatyzuje okolice. Tak więc trzeba będzie tu wrócić. Czego Wam i sobie życzę, a rowerowo wręcz polecam.

zBLOGowani.pl